Jarek Staniek- reżyser, choreograf i tancerz. Obecnie pracuje przy produkcji polskiego filmu tanecznego "Kochaj i Tańcz". Zastnawialiśmy się z Moniką jak napisać o człowieku, który zachwycił nas swoim doświadczeniem, ogromną pasją do tańca i niezwykłą osobowością. Nie było czasu w trakie tych kilku wyczerpujących fizycznie dni przeprowadzić z nim wywiad więc.
przeszukując internet natrafiłęm na przerowadzony z nim wywiad. Mimo, że wywiad jest z 2003 r. to dokładnie opisuje osobe Jarka.
..........
„NIECH LOS PRZYNIESIE WYZWANIE”
Z Jarosławem Stańkiem „topowym choreografem” rozmawia Andrzej F. Rozhin.
- Główna cecha Twojego charakteru.
- W pracy czy w życiu? W życiu to jest maksymalne wyciszenie, skromność. W pracy - oddanie do końca, bezgraniczne poświęcenie i pasja. Może dziwne jest połączenie pasji i absolutnego spokoju. W pracy się tak nakręcam, że poza pracą uprawiam jogę.
- Twoja główna wada?
- Brak czegoś, co bym nazwał siłą przebicia, czyli brak pewności siebie.
- Twoje ulubione zajęcie?
- Taniec.
- Czego nie cierpisz ponad wszystko?
- Bezczelności i hałaśliwych ludzi
- Twoja dewiza życiowa?
- Rozmawiać ze sobą, być w zgodzie ze sobą
- Co Cię cieszy?
- Radość ludzi. W pracy najważniejszy jest dla mnie uśmiech tancerzy. Jeżeli widzę, że oni są szczęśliwi, to już nic więcej mnie nie obchodzi.
- Czy jesteś dobrym człowiekiem?
- W moim przekonaniu nie jestem jakimś szczególnie dobrym człowiekiem. Ale staram się swoje błędy życiowe odkupić jakimiś dobrymi uczynkami. Czyli na przykład pracuję z ludźmi tak, by dawać im dobrą energię. Jeśli komuś zrobisz krzywdę, z premedytacją, czy bez, to potem trzeba to gdzieś wyrównać.
- A co Ci się w Tobie podoba?
- Że mam poczucie humoru. Moje poczucie humoru mi się bardzo podoba. Bardzo lubię absurd, rozmawianie skojarzeniami, nie bezpośrednio. Można rozmawiać wprost cztery godziny i do niczego się nie dochodzi. Rozmowa za pomocą skojarzeń poszerza świat.
- Pierwszy zachwyt?
- „West Side Story”. To było dawno... lata 85-86... To był strzał. Pomyślałem sobie wtedy, że taniec może być sposobem na życie. Wcześniej tańczyłem, aby wyładować młodzieńczą energię. Był to sposób na wychodzenie z szarości bloków, w których mieszkaliśmy. Studiowałem, miałem zostać inżynierem. „West Side Story” sprawiło, że pomyślałem o tańcu poważniej. Jeżeli można tańcem przedstawiać historię „Romeo i Julii”, to chciałbym spróbować.
- Pierwszy sukces.
- Choreografia do „West Side Story” w Teatrze Muzycznym w Gdyni.
- Pierwsze pieniądze.
- Pracowałem w Teatrze Syrena, jako tancerz, atrakcja przedstawienia „Śmiech na linii”. Wtedy odkryłem, że robię to, co lubię i jeszcze mi za to płacą. Studiowałem wówczas na Politechnice na wydziale mechaniczno-technologicznym. To był sposób na uniknięcie wojska. Przedmioty ścisłe były zawsze dla mnie łatwe. Pochodzę z Sandomierza. Studia były po to by istnieć w Warszawie. Po czwartym roku przerwałem te studia.
- Co znaczy dla ciebie słowo kariera?
- To jest taki stan, w którym inni uważają ciebie za kogoś ważnego, ale ty musisz być już o cztery kroki dalej. W przeciwnym razie, jeśli ludzie uważają cię za kogoś wielkiego, a twoje umiejętności są dwa kroki do tyłu, to jest karierka.
- Kiedy zrozumiałeś, że zaczynasz robić karierę?
- Dzisiaj zrozumiałem, że takie słowo może być ze mną związane, w momencie, kiedy rozmawiamy o tym. Podchodzę z wielką pokorą do wydarzeń. Nie potrafię ocenić, czy np. ostatni koncert Republiki „KOMBINAT”, do którego robiłem choreografię, to było wielkie wydarzenie czy nie.
Kariera to nie sukces artystyczny, pieniądze, a raczej to, że ludzie dzwonią do ciebie, np. z Zurychu, z Berlina... Wtedy to ma sens. Wolny rynek jest najlepszym sprawdzianem umiejętności.
- A czy coś oddałeś z siebie dla kariery?
- Poświęciłem bardzo dużo. W jakimś sensie poświęciłem szczęście mojej
- poprzedniej rodziny. W trudnym momencie, kiedy urodziła mi się córka, a taniec nie dawał mi potrzebnych środków utrzymania, miałem wówczas do wyboru zajęcie się normalną pracą, np. pójść do fabryki, czy dalej trzymać się tańca, który nie dawał perspektyw. To było tuż przed powstaniem grupy T’89. Całkowicie rozumiem moją żonę, która nie wytrzymała tego napięcia. Na szczęście żyjemy w zgodzie i ona zaakceptowała mój wybór. To był moment przełomowy w moim życiu. Nie miałem już potem nic do stracenia. Nic nie mogło mnie już zawrócić z obranej drogi. Bo to nie rodzice posłali mnie do szkoły baletowej, tylko ten impuls tańca narodził się we mnie naturalnie. Chciałem poznać ten impuls do końca. Odpowiedzieć sobie na pytanie, co to tak naprawdę jest, dlaczego w tę stronę idę. Jest to prawdziwa organiczna pasja tańca i dzielę się nią z ludźmi. To rodzaj odkupienia za wyrządzone zło i nie czuję się dumny, że tak się stało, ale jeżeli ludzie przychodzą na moje spektakle i czują się po nich lepsi, to może to się gdzieś zrównoważy. Moja córka również ogląda moje spektakle i mam nadzieję, że one przynoszą jej radość, której nie potrafiłem dać jej w dzieciństwie.
- Powiedz coś o sobie, o swojej wędrówce za kwiatem paproci, za szczęściem.
- To jest ciągle ten sam wątek. Taniec uderzył we mnie w sposób dla mnie niespodziewany.. Nie mam w rodzinie tradycji tanecznych. I nagle okazało się, że jestem mistrzem Polski w breakdance, że jestem znany w Polsce, że jestem prekursorem tego stylu. Później w teatrze zachłysnąłem się tańcem. Taniec to druga część mojej natury. Kiedy tańczę, to trochę tak, jakbym patrzył na siebie z boku? Puszczam się w pewien rodzaj transu i nie analizuję tego stanu w racjonalny sposób. Chcę dotrzeć do źródeł, odkryć, dlaczego tak jest. Na pewno bardzo by mi pomogło takie proste wyjaśnienie, jak to, że istnieje reinkarnacja, że jest we mnie jakiś drugi ktoś. Nie wiem, dlaczego tak się dzieje, ale jest to silne, emocjonalne i porywające. A najpiękniejszy w tym wszystkim jest ten dar od Boga, dzięki któremu potrafię tańcząc, porwać za sobą ludzi, dając im radość. Tancerze, którzy pracują ze mną w „Opentańcu” są szczęśliwi.
- Urodziłeś się w Sandomierzu, ale potrzeba tańca, ujawniła się dopiero w Warszawie?
- Zawsze był przy mnie taniec, nawet w szkolnych czasach. Ale wstydziłem się to robić. Choinki, bale, nie cierpiałem tego. Było to dla mnie deprymujące. Sport był czymś, co mnie fascynowało. Gimnastyka... Taka dziedzina sportu, w której pracujesz sam ze sobą. Pokonujesz siebie, opanowujesz swoje ciało, strach.
Po przyjeździe do Warszawy, uczyłem się w szkole sportowej w Ursusie. To był 1980 rok. Nie wiedziałem, co będę robił. Chciałem zobaczyć duże miasto. Uczyłem się w tej szkole, uprawiałem sport, ale tak naprawdę szukałem „czegoś”. Nagle w 1983 roku wybuchła moda na breakdance. To był moment, kiedy spotkały się dwie energie - tańca i sportu. Pojawił się taniec niebędący tańcem facetów w rajtuzach. Był ostry, twardy, pełen męskiej rywalizacji. Na ulicach, na dyskotekach. To był taniec, który naprawdę robił wrażenie.
- Opowiedz o swojej grupie..
- Kiedy poczułem, że w tańcu solowym osiągnąłem już wszystko i nie miało sensu dalsze kręcenie się na głowie bez końca, zacząłem myśleć o stworzeniu własnej grupy. Wtedy pomagając Witoldowi Grucy przy choreografii do „Aidy” odkryłem zupełnie nowy świat, obudził się we, mnie talent organizacyjno –choreograficzny. Tancerze słuchali mnie, powtarzali, uczyli się... Pomyślałem, że gdyby to, co ja potrafię, robiło więcej osób, to by był dopiero czad. Ale próbując to zrobić stwierdziłem, że breakdance nie wystarcza. Zacząłem szukać formy łączącej style. Bliskiej temu, co robię dziś. Patrząc na taniec z boku, dostrzegłem, że taniec jest podzielony. Tancerze klasyczni uważali breakdance’owców za amatorów, breakdance’owcy zawsze śmiali się z tancerzy klasycznych, że chodzą w rajtuzach i tak dalej... Każdy rodzaj tańca tworzył swój język i bronił go za wszelką cenę. A moim zdaniem taniec jest jeden. Technika służy tylko do wyrażania emocji. Pomyślałem, że stworzę grupę, w której każdy tancerz miałby inny rodowód, byłby z innej beczki. I znalazłem takich ludzi, każdy był inny: gimnastyczka artystyczna, dziewczyna ze szkoły baletowej, gimnastyk wyczynowy, cyrkowiec, Wietnamczyk... Grupa Tańca Estradowego T’89. Teraz mówi się o „legendarnej Grupie T’89”, chociaż nigdy nie czułem, że coś takiego się dzieje. Wytrwaliśmy 9 lat w tym samym składzie. Byliśmy grupą, która naprawdę dużo zamieszała. Tańczyliśmy na festiwalach w Sopocie, otrzymaliśmy nagrodę dziennikarzy w Opolu, zrobiliśmy parę ważnych przedstawień musicalowych w Teatrze Muzycznym w Gdyni i galę piosenek Kazika na festiwalu piosenki aktorskiej, która mocno zapisała się w pamięci widzów. Grupa rozpadła się w 1998 roku.
- Jakie realizacje powstałe w ciągu tych 18 lat pracy twórczej są dla ciebie najważniejsze?
- Skok na głęboką wodę; musical „West Side Story”, film Piotra Szulkina „Mięso”, na pewno „Hair” w Teatrze Muzycznym w Gdyni z Wojtkiem Kościelniakiem. „Kombinat” to było coś niezwykłego, no i „Chicago”! „Chicago” jest w dobrym stylu. A teraz „Opentaniec”..
- Masz 38 lat, jak oceniasz przebytą drogę?
- Nie myślę o tym, nie oglądam się za siebie. Do takich refleksji zmuszają mnie ludzie z zewnątrz. Czasem jest to miłe, czasami przykre. Nie oglądam nigdy swoich rzeczy. Nie rozczulam się. Patrzę jedynie w swoją duszę. Zawsze coś zostaje. Nawet po pięciu, dziesięciu latach, pamiętam, że gdzieś odpuściłem, a że gdzieś poszedłem na „maxa”, np. przy „Kombinacie” i spaliłem się jak bibułka. Nie zostało po mnie nic. I to jest uczucie, które pozostaje. Ale nie puszczam DVD z „Kombinatem” i nie analizuję sukcesów. Mam tylko to uczucie, w jaki sposób się spaliłem. Widzę siebie jak, super mocny amerykański samochód, który jedzie przez jakąś bezkresną przestrzeń. I widać na nim ślady rozmaitych kraks. Jedne są ranami, inne zapisem jakiejś niezwykłej przygody. Ale on stale jedzie do przodu, a w baku jest mnóstwo paliwa. Na pewno daleki jestem od rozczulania się nad sobą i od samozachwytu. Ciągle jestem z siebie niezadowolony, ciągle siedzę w kąciku i zastanawiam się nad następnym krokiem.
- Poprawiasz swoje przedstawienia?
- Poprawiam i dzielę się moimi wrażeniami.. Kiedy przyjeżdżam na próbę wznowieniową, aktorzy się cieszą, że ich nie zostawiłem, że jestem z nimi, czują się szczęśliwi i bezpieczni. Aktor musi czuć się bezpiecznie. To jest główny powód, dla którego nie opuszczam własnych przedstawień, natomiast ciągle chcę iść naprzód.
- Czy to, co osiągasz na premierze, potem funkcjonuje?
- Procentuje mi ten mój techniczny zmysł i ustawiam choreografię bardzo precyzyjnie. To moja pasja i mój styl. Jeżeli nawet później to się rozłazi, tylko ja jestem w stanie to zauważyć. Wydaje mi się, że w spektaklach, które zrobiłem, bardzo trudno jest zauważyć różnicę między premierą, a późniejszymi przedstawieniami.
- Co jeszcze chcesz zrobić? Masz określone cele?
- Chciałbym się mierzyć z coraz to nowymi wyzwaniami. Bardzo trudno mi odpowiedzieć na to pytanie szczerze, w zgodzie z sobą. Ostatnio miałem przyjemność pracować z Jerzym Jarockim przy „Projekcie Gombrowicz” w Teatrze Dramatycznym, ale rzecz nie doszła do skutku. Być może będziemy kontynuować pracę w Teatrze Narodowym. I to było zupełnie nowe wyzwanie. Zupełnie różne od tego, co robiłem i będę robił, choćby musical „Bad Boy” w Berlinie.... Są to dwa skrajne wyzwania... Z jednej strony wielki reżyser, intelektualista, którego mógłbym słuchać w nieskończoność, a z drugiej strony, Berlin, miasto moich marzeń. Niech rzeczy toczą się same. Niech los przyniesie wyzwania. To jest moja filozofia.
- Jeździsz po świecie, język twojej sztuki jest uniwersalny. Czy myślisz o opuszczeniu Polski?
- Polska staje się częścią Europy. Boję się latać samolotem, więc chciałbym mieszkać w Europie. Dużo podróżuję, jestem ciągle w ruchu. Ale nie wiem, jak by było gdybym musiał żyć długo poza krajem. Trudno mi ocenić. Więcej niż trzy miesiące non-stop nie funkcjonowałem poza Polską. Robiąc castingi w Berlinie do musicalu „Hair” zauważyłem, że u nas show-buissness jest bardzo w powijakach. Show jest tylko słowem, a buissness związany z tym, jest czymś zupełnie absurdalnym. I przenosi się to na pracę. Tam każdy z aktorów może tańczyć najtrudniejsze partie. Są świetnie wyszkoleni, mają doskonałe warunki, także wokalne. Wspaniale by było mieć takich aktorów u nas...
- Ludzie ciebie kochają. A ty kochasz?
- Bardzo, do szaleństwa. Kocham wszystkich ludzi, z którymi pracuję, kocham cały świat, kocham stare filmy z Fredem Aisterem. W ogóle kocham kino. Kocham swoją żonę. Kocham ten cudowny stan bycia w teatrze. To jest jedyny napęd, który ja posiadam.
- I dla teatru potrafisz zrezygnować ze wszystkiego?
- Tak, potrafię ze wszystkiego zrezygnować.
- Rozumiem: jesteś „open-taniec”! Co ten tytuł znaczy dla ciebie?
- Dla mnie bardzo ważną jego częścią jest „open”. Chcę, aby ludzie otworzyli się na taniec, na radość życia. Chciałbym, żeby przez chwilę się wyluzowali. To jest takie proste. Trzeba po prostu otworzyć się na siebie.
- Na czym oparłeś koncepcję choreograficzną w tym przedstawieniu? Kultura Słowian...
- Temat w pewnym sensie został narzucony przez producentów, którzy wymarzyli sobie spektakl oparty na słowiańskich korzeniach. Dostałem zadanie i pieniądze na to. Myślę, że wolałbym zrobić formułę „open” w ogóle. Ale mając takie zadanie, postanowiłem pokazać sen o tym, czego nie było i czego nie ma. O tym, że Polacy są weseli, słoneczni i piękni. Wyobraziłem sobie taki absurdalny obraz Słowian, który wzbudza uśmiech. Jest w zasadzie komiksem. To jest show. To czysta forma rozrywki. Chciałem się zmieścić w tej konwencji. Musieliśmy wykonać zamówienie.
- Jaki folklor tu odnajdziemy?
- Szukałem polskiej kultury tanecznej, ale bardziej tego, co nazwałbym wschodnią duszą. Zawadiackość oberka, porywczość mazura i tańce góralskie wpływały na mnie przy tworzeniu scen umownie nazwanymi słowiańskimi. Świadomie użyliśmy plastikowej, atrakcyjnej formy, rodem z MTV i „Matrixa”, gdzie wszystko jest kiczowate, kolorowe. Nam chodzi o czysty popis sprawności i rozrywkę. Chcę żeby młodzi ludzie to kupowali. I to się sprawdza. Młodzi stoją, klaszczą i tańczą z nami. Starsi są bardziej zachowawczy.
- Jak przekonałeś młodych tancerzy do tańczenia oberka, mazura, poloneza?
- Mieliśmy w czasie prób fajne powiedzenie, mianowicie, że „wianek jest cool!” Chodzi o to, że w każdym z nas tańczących, tli się coś takiego, że naśladujemy amerykańskich tancerzy z Bronxu. Nie było trudno, więc, rozbudzić w nich czegoś, co nazywaliśmy słowiańską dumą… Chodzi o to, żeby tańczyć tak samo dynamicznie, efektownie, nawet efekciarsko, ale żeby posługiwać się trochę odmiennymi środkami, bardziej zbliżonymi do tańców ludowych. Ale zrobić to tak, żeby przypominało teledyski MTV. Świadomie podjąłem ryzyko na samym początku. To jest produkcja komercyjna i przyjmuję zarzuty, że w gruncie rzeczy jest to puste i błahe. Jednak radość tańczenia i spontaniczna radość młodej widowni wynagradza mi ten cały trud.
- Czy ciebie show taneczne kręci?
- Tak. Jest czas na to, aby zrobić coś bardzo lekkiego, co się przyjemnie ogląda. Nie trzeba się na siłę dołować. I myślę, że w tej bardzo błahej historii, udało nam się znaleźć ludzkie pragnienia i namiętności..
- Podjąłeś się reżyserii i choreografii, dlaczego?
- To jest przedsięwzięcie czysto taneczne. Chciałem żeby zachowana była czysta forma, a środki, które chciałem zastosować, pragnąłem czerpać tylko z jednej głowy.
- Jak powstawał „Opentaniec”? Co było pierwsze?
- Idea producenta. Potem libretto o kwiecie paproci. Potem zaczęliśmy obudowywać to libretto atrybutami. Tworzyliśmy zestaw scen związanych z tą historią, w których już znajdowały się elementy scenograficzne, konkretne tańce, elementy show. Scenografa szukaliśmy długo. W pewnym momencie Marcin Perzyna, producent przedstawił nam Marka Borettiego, który pokazał nam swoje projekty, głównie w architekturze. Tam zobaczyłem klub w Las Vegas, przypominający otwierającą się kulę. Cała konstrukcja przedstawienia jest moim pomysłem. Rozwijała się razem z muzyką Adama Sztaby, która mnie napędzała, natomiast z realizacją libretta miałem pewien kłopot...
- Sukces „Opentańca” okrzyknięto jeszcze przed premierą. Był to sukces marketingowy. Według mnie więcej akcentu położono na castingi, efekty sceniczne, pieniądze... Premiera przyjęta była owacyjnie, ale recenzenci wybrzydzają. Polska specyfika...
- Jestem rozczarowany. My bez żadnych skrupułów, nazwaliśmy to „show”. Nie sililiśmy się na żadną głębię. To lekka forma. Nie robiliśmy Szekspira. Nie jestem archeologiem tańca, niczego nie odkrywam i staram się wręcz nie naruszać świętości. Chodzi tylko o to, żeby Polacy, zwłaszcza młodzi ludzie, przyszli do teatru, posłuchali melodii ludowych, w bardzo nowoczesnej formie, zobaczyli jakieś stylizacje taneczne i pomyśleli: „może Zespół Mazowsze nie jest obciachem”. Atak recenzentów jest taki, jakbym naprawdę niósł jakiś sztandar i go szargał. Goście z Niemiec dostrzegli oryginalność widowiska, jego inność kulturową i to, że to naprawdę nie jest zachodnia masowa produkcja. Ale także to, że nasza opowieść taneczna jest bardzo uniwersalna.
- Znalazłeś już kwiat paproci?
- Nie, chyba ciągle za nim gonię...
„ten, kto go znajdzie i zerwie, stanie się szczęśliwy i bogaty, a kiedy zechce-także niewidzialny”- napisała Maria Rodziewiczówna. I ja Ci tego życzę.
Rozmowa z Jarkiem Stańkiem miała miejsce
w Restauracji „U Aktorów” w ZASP
w dniu 23.010.2003 roku.
Jarosław STANIEK
Andrzej Rozhin e-mail: androzhin@poczta.onet.pl, www: rozhin.w.interia.pl
.................
Podejrzewamy, że Jaro właśnie znalazł swój kwiat paproci.
Monika i Przemek
brak komentarzy do tego wpisu