Zapraszam na drugą część wrażeń z pobytu w Pineaple Dance Studio. Tym razem oczami Agaty Ludwikowskiej i Marty Szulc. Sprawdźcie dlaczego dziewczyny chcą tam jeździć i po co wracać;)
Za Wami już drugi, tym razem dwutygodniowy pobyt w Pineapple Dance Studio
w Londynie. Powiedzcie proszę, czym różnił się od wizyty w sierpniu zeszłego roku?
MS: Myślę, że tym razem bardziej świadomie korzystałam z zajęć. Wiedziałam na czym mi konkretnie zależy. Dzięki temu rozwinęłam się słuchowo i ruchowo. Oczywiście najbardziej interesował mnie Jazz Funk, który był prowadzony przez inną osobę niż w wakacje. Tym razem instruktor zaimponował mi dopracowaniem każdego ruchu. Jego układy były idealnie zgrane z tempem muzycznym, a pomysły choreograficzne okazały się na tyle ciekawe, że obie pokochałyśmy Pussycat Dolls!
AL: Zdecydowanie Pussycat Dolls są moimi idolkami. (śmiech) Co do samego wyjazdu, to potrzebowałam relaksu po bardzo pracowitym, ale też udanym sezonie w studiu. Zdecydowałam się po raz drugi odwiedzić to samo studio, bo uważam, że trudno od razu włożyć pewne rzeczy w ciało. Tak naprawdę dopiero teraz mogę skupić się nad trenowaniem choreografii z Londynu i przerabianiem ich na własny styl.
Jechałyście bardziej jako tancerki czy instruktorki?
MS: Z mojej strony pół na pół. Wkładając pewne rzeczy w swoje ciało, mogę więcej przekazać kursantom. Chciałam się napatrzeć na nowe trendy jako osoba, która sama uczy i poczuć atmosferę londyńskiego Hip Hopu jako tancerka.
AL: Inaczej jest być uczestnikiem, a co innego prowadzić zajęcia, bo wtedy jesteś odpowiedzialna za stworzenie atmosfery i sposób podania wiedzy. Ja potrzebowałam stanąć po stronie ucznia i poczuć, że ktoś coś ze mnie wyciska. Nie da się ukryć, że taki wyjazd szkoleniowy wymaga przygotowania, dobrej kondycji i pamięci ruchowej.
Zetknęłyście się ze środowiskiem, o którym marzy wielu tancerzy. Wybitni specjaliści, inny sposób wyrażania się poprzez ruch. Jak szybko odnalazłyście się w nowych warunkach?
AL: Dla mnie pierwszy tydzień pobytu był najbardziej efektywny. Rozpierała mnie energia. Standardem jest to, że na sali trenuje równocześnie czterdzieści osób. Większość z nich mogłaby spokojnie obsadzić kilka edycji You Can Dance, więc szybko można się zarazić magią tańca. Poziom jest naprawdę wysoki, ale to motywuje do jeszcze cięższej pracy.
MS: Na niektórych zajęciach choreografie były już rozpoczęte i musiałyśmy szybko nadrobić układ. Tempo uczenia jest niesamowite. Naliczyłam piętnaście ósemek układu w ciągu godziny i to wcale nie był rekordowy wynik. W sumie nie miałyśmy czasu na adaptację, po prostu trzeba było wejść na salę i zatańczyć najlepiej jak potrafimy.
Sądząc po energii, jaka z Was bije, opłacało się dać z siebie wszystko. Kto spośród nauczycieli wywarł największe wrażenie?
AL: Moim idolem jest bezwzględnie Sisco, prowadzący New Age Hip Hop. Zaimponował mi nie tylko jako tancerz, ale też osobowość.
MS: Ja również doceniam Sisco. Głównie za jego ekspresję w tańcu i perfekcyjne zgranie ruchu z muzyką. Uważam, że warto też wybrać się do Malcolma na zajęcia House Dance.
Jak zagraniczne doświadczenia wpływają na Wasz odbiór tego, co się dzieje na polskich parkietach?
MS: Widzę zdecydowaną różnicę. Nie mam tu na myśli poziomu, bo to jest coś, w czym dorównujemy zagranicznym kolegom, ale w Pienapple czułam coś w rodzaju filozofii tańca. Instruktorzy korzystają wzajemnie ze swoich zajęć, ciągle uczą się czegoś nowego. Inspiracja nowym ruchem jest ważniejsza od stopnia zaawansowania choreografii. Ta pokora wobec tańca była bardzo zauważalna i bardzo mi jej brakuje w polskim środowisku.
AG: Poza tym Londyn skupia tancerzy, którzy wyznaczają trendy hip-hopowe na świecie. Nie tylko od strony ruchu, ale też muzyki. Mnie zainspirowało tworzenie układów do niekomercyjnych utworów. Sama sporo czasu spędzam w sieci na poszukiwaniu ciekawych piosenek, bo wiem, jak to pobudza wyobraźnię do robienia układu. Na przykład ostatnim trendem okazało się tworzenie choreografii z Hip Hopu i Jazz Funku do muzyki rockowej.
Czy spotkały Was jakieś dodatkowe atrakcje poza salą trenignową?
MS: Tak, klęska żywiołowa z powodu opadów 10 cm śniegu! Dosłownie całe miasto zostało sparaliżowane. Poza tym obowiązkowym punktem programu oprócz pięciu zajęć dziennie, był codzienny shopping.
AL: Ja stawiam na różową szminkę Marty jako największą atrakcję naszego wyjazdu. (śmiech)
MS: Po prostu mi zazdrościsz, że zrobiłam taką furorę. (śmiech) A tak poważnie to Pineapple kojarzy mi się nie tylko z tańcem na wysokim poziomie, ale też z kolorową modą. Pakując się, wzięłam tylko niezbędne rzeczy, bo wiedziałam, że wrócę z walizką cięższą niż wyjeżdżałam. (śmiech) Natomiast ludzie trenujący w studiu zaskoczyli mnie wyobraźnią w łączeniu ciuchów. Nawet nie stawiali na markę, tylko tworzenie własnych kombinacji.
Jaki będzie następny przystanek w Waszej tanecznej karierze?
AL: Teraz czuję się odświeżona. Mam inne nastawienie do swojej pracy i czuję większego powera. Moim największym marzeniem jest wyjazd do Los Angeles. Jednak zanim do niego dojdzie, najpierw polecimy na warsztaty do Dusseldorf.
MS: Pienapple to miejsce, w którym trenują najlepsi instruktorzy z Polski. Trzeba tam przyjeżdżać regularnie, by wypracować dobrą jakość. Dlatego planuję jeszcze wybrać się na wyspy i oczywiście za ocean.
AL: Po kolejną różową szminkę. (śmiech)
MS: Oczywiście, tylko po to. (śmiech)
Dziękuję za rozmowę i życzę spełnienia warsztatowych marzeń.
(AU)
2 komentarze do tego wpisu