Daj się prowadzić

21październik
2011
Maria Kategoria: O mnie i o tańcu zobacz inne wpisy autora

W tańcu, tak jak w życiu, chciałoby się mieć dobrego partnera. Kiedy zaczynamy się uczyć, trafiamy na kurs, gdzie nikt nic nie umie. Panowie z reguły przyciągnięci na siłę przez panie, czują się niekomfortowo i opornie podchodzą do tematu. Rozglądają się po sali i szukają wsparcia w męskim gronie. Gdy widzą, że kolegom też słabo idzie, odprężają się i w końcu zaczynają się ruszać. Potem jest już tylko lepiej.

Trochę inaczej jest z paniami. Przychodzą na tańce i widząc nieporadnych panów, wychodzą na prowadzenie. Poprawiają swoich partnerów, strofują do czasu aż osoba prowadząca zajęcia sprowadzi je na ziemię mówiąc: „nie prowadź! Od tego jest partner!”. W tym momencie pojawia się problem.

Ogólnie rzecz biorąc nasz problem polega na tym, że chcemy dobrze. Za bardzo się przejmujemy. Partner nie wie, kiedy ma nas obrócić, to same się obracamy. Partner nie wie, kiedy ma nas przeprowadzić na drugą stronę, to go spychamy z drogi i same przechodzimy. Przejaskrawiam? Brzmi to fatalnie, ale niektóre z nas tak robią. Naprawdę ciężko jest nam się „wyłączyć”.

Chodzimy na zajęcia kilka miesięcy. Uczymy się kroków i choreografii na pamięć. Wydaje nam się, że coś już tam umiemy, więc idziemy na imprezę salsową. No już najwyższa pora sprawdzić się na parkiecie. Tymczasem zaprasza nas do tańca sympatyczny pan. Coś się dzieje! Ni z tego, ni z owego, on zaczyna robić jakieś dziwne kroki, a my nie wiemy, o co mu chodzi? Wściekłe stwierdzamy, że wcale nie jest taki fajny! Tylko, że ta sama sytuacja powtarza się z kolejnym partnerem i następnym też. Zniechęcone zamawiamy drinka przy barze i zastanawiamy się, co jest grane. Wtedy podchodzi do nas koleżanka, którą znamy ze szkoły tańca, tylko, że ona tańczy dłużej niż my i to jak tańczy! I co mówi? „Daj się prowadzić” Nie, to niemożliwe, żeby to było przyczyną naszej porażki. Jednak zazwyczaj tak właśnie jest.

Czy dzisiaj już daję się prowadzić? Sama nie wiem. Czasami tak, a czasami chyba nie. Dużo zależy od mojego samopoczucia. Kiedy tańczymy, musimy być czułe na sygnały partnera, szybko reagować. Jeżeli chodzi mi coś po głowie i nie skupiam się na tańcu, mogę nie zauważyć sygnału. Dlatego, przychodząc na zajęcia, czy idąc na imprezę, staram się zostawiać wszystkie rozterki za drzwiami, bo w środku liczę się tylko ja, mój partner i muzyka.

 

4 komentarze do tego wpisu

Basia napisał o 13:10 w dniu 2011-10-22

Dlaczego musisz czekać na sygnały od partnera? Moim zdaniem taki taniec jest nastawiony by mężczyznę zadowolić a gdzie jesteś wtedy Ty? Jak to powiedział nasz Maestro Przemek, taniec to jak dobra rozmowa, pełna uczuć i dynamiki więc i niech on będzie wyczulony na "twoje prowadzenie".

Daniel napisał o 22:27 w dniu 2011-10-22

Basiu, właśnie wykastrowałaś biednego chłopaka ;) Maestro Przemek, dobrze prawi, "dobrej rozmowy" z takim "półfacetem" nie będzie ;) W tańcu nie chodzi o to, by kogokolwiek zadowolić. Przewyższasz partnera umiejętnościami? Sprowadź "rozmowę" na wspólny poziom i się dogadacie. To nie show i pokaz umiejętności.


PS. Wygląda na to, że dodawanie komentarzy nie działa w niektórych przeglądarkach. W poniedziałek będzie to poprawione.

Maria napisał o 16:33 w dniu 2011-10-23

Być może ja mam jeszcze za mało "do powiedzenia", bo na razie jestem na etapie, kiedy mam ogromną radochę z tego, że uda mi się odgadnąć intencję partnera. Nie robię tego, by zadowolić jego, tylko by samej dobrze się w tym tańcu poczuć. Może z czasem będzie się to zmieniać. Najwyraźniej wszystko jeszcze przede mną :)

Julka napisał o 21:31 w dniu 2011-10-28

Mi też sprawia dużą przyjemność, gdy dam się poprowadzić. I wcale nie chodzi o to, że nie mogę dodać czegoś od siebie, bardzo chętnie zatańczę coś solo. Ale to jednak przyjemność rozumieć "co mówi" partner.

Dodaj komentarz

Identyfikator*
Mail*
Strona WWW