Chciałam napisać coś zachęcającego do uczestnictwa w imprezach salsowych, więc próbowałam przywołać w pamięci pierwsze tego typu wydarzenie w moim życiu. Uświadomiłam sobie, że tak naprawdę na takiej salsotece byłam wiele lat temu, nie mając jeszcze pojęcia o salsie.
Pojechałam na warsztaty sportowe, które odbywały się w Warszawie. Kluczowym elementem wyjazdu było oczywiście wyjście na miasto. Wiadomo, że treningi były bardzo ważne, ale dla nas, trenujących, równie ważne było zintegrowanie się z ludźmi z pozostałych sekcji, rozsianych po całym kraju. Organizatorzy warsztatów zawsze wyszukiwali jakiś klub, gdzie wszyscy razem schodziliśmy się, żeby sobie potańczyć.
Nie miałam pojęcia, że byłam wtedy na imprezie salsowej jednej z bardzo znanych warszawskich szkół tańca. Faktycznie klimat imprezy wydał mi się dość dziwny. My „z zewnątrz” ubrani, jak na wyjście na miasto, jeansy, buty przeważnie sportowe, patrzymy, a tu panie w sukienkach i w obcasach. Niektórzy panowie mieli szelki, krawaty i nawet jakieś kapelusze. Dla mnie to był szok. Stwierdziłam, że ludzie w Warszawie rzeczywiście są, jakby to powiedzieć „inni”.
My, po przyjściu do klubu, pierwsze co, to rzuciliśmy się do baru (pewnie dawno takiego utargu nie mieli). Parkiet znajdował się w sali obok. Gdy się pojawiliśmy, mało osób tańczyło. Zdecydowanie większość podpierała ściany. Jak ruszyliśmy gromadą na parkiet, trochę dziwnie na nas patrzyli. Wszyscy pozostali tańczyli w parach. No skoro tak, no to my też potworzyliśmy pary, ale nadal swoimi wygibasami najwyraźniej odstawaliśmy od reszty.
Teraz tak sobie myślę, że to ciekawe zrządzenie losu. Gdyby ktoś wtedy w Warszawie powiedział mi, że za kilka lat porzucę ten sport i będę tak, jak te dziewczyny, tańczyć salsę, nie uwierzyłabym. Życie bywa przewrotne.
2 komentarze do tego wpisu